Historia Oliwiera

13 grudnia 2009 roku minął rok… Rok temu przeżyłam największy koszmar swojego życia. Rok temu moje dziecko zachorowało na posocznicę.

Nic nie zapowiadało tragedii. W sobotę 13 Oliwier, który wtedy miał 16 miesięcy, zachowywał się jak zawsze. Śmiał się, broił, bawił. Wieczorem chcieliśmy iść do kina. Byłam umówiona z mamą, która miała zabrać Oliwiera do siebie. I tak też się stało. Zostawiliśmy go pełnego radości z odwiedzin u babci. Pa, pa w oknie, szeroki uśmiech a my spokojni wyruszyliśmy do kina. Niecałą godzinę później telefon od mamy. Oliwier wymiotuje, ma gorączkę. Nie sprawdzała temperatury, ale przez telefon mówiła mi, że jest bardzo rozpalony. Kiedy po dosłownie kilku minutach pojawiłam się w drzwiach domu mamy, wiedziałam, że jest źle. Telefon na pogotowie. Karetka nie przyjedzie, ponieważ nie mają w obsadzie pediatry, mamy przyjechać własnym transportem. Za około 15 min jesteśmy w szpitalu. W międzyczasie dzwonię do pediatry Oliwiera. Niestety nie ma go, jest na konferencji. W szpitalu przyjmują nas szybko. Diagnoza: początek infekcji wirusowej. Lista leków i do domu.

Około godziny 20.00 gorączka spada z 41 do 38,5. Jest dobrze. Mały prosi o picie, jest kontaktowy. O 4.00 rano podczas zmiany pieluchy odkrywam na ciele Olinka 5 „krost” 2 na pupie, 2 na brzuszku i jedną koło oka. Wygląda na to, że Młody będzie miał ospę. Gorączka się utrzymuje ale ma jakieś 38 stopni więc nie panikuje. Zasypiamy.

O godzinie 7.00 budzę się i widzę na dłoniach mojego dziecka dziwne plamy. Spał w koszulce z długim rękawem i rajstopach. Nie chcąc go budzić dzwonię do mamy. Radzi mi, aby podejść do sąsiadki, która jest pielęgniarką na emeryturze, może ona coś poradzi. Idę po Małego. Dziecko leje mi się przez ręce, nie mogę go dobudzić, średnio kontaktuje. Szybki telefon, taksówka i szpital. Na nic prośby, że szybko lekarza, bo z dzieckiem źle. Lekarza wciąż nie ma. Pani, która przyjechała z wnuczką mówi do mnie „ Nigdy nie widziałam takich plam. Lepiej niech Pani przygotuje się na najgorsze” Czasem warto ugryźć się w język….Aby przyszedł lekarz trzeba użyć dość ostrych słów. W końcu się pojawia. „Panie Doktorze byliśmy tu wczoraj. Coś jest nie tak” „ Proszę położyć i rozebrać dziecko”. Wykonuje polecenie i……. Szok. Oliwier wyglądał, jakby ktoś go katował. Na nogach miał czerwone krwiaki. W tym momencie otwierają się drzwi. Wchodzi moja sąsiadka (dzięki Bogu) i pyta mnie co ja tu robię. Zdołałam wydusić tylko „Pani Basiu niech Pani spojrzy na moje dziecko”. To, co się działo zaraz potem to było jak błyskawica. Pani Basia mówi mi, że Oliwier ma posocznicę, bierze go na ręce i nie zwracając uwagi na lekarza, który nas przyjmował, biegnie po schodach na oddział dziecięcy. Wpadamy do zabiegowego. Tam Pani Basia tłumaczy, ze teraz się na nic nie przydam, że musi mieć pobrany płyn, że jest rewelacyjna Pani doktor, która bardzo dobrze to robi, że mam jechać do domu zabrać najpotrzebniejsze rzeczy. Wypraszają mnie z zabiegowego. Wypraszją mnie z odziału. Kiedy zamykają się drzwi, czuje, że mój świat się wali. Czuję, że nie ma gorszego uczucia na świecie.

Rafał siła wyprowadza mnie ze szpitala. Jedziemy do domu. Dzwonią telefony, mama, siostra, brat. „Mały ma posocznicę” „Ale co to??” padają pytania, a ja się rozłączam. Dzwoni mój tato i dopiero wtedy mówię „Tato Oliwier ma sepsę”. Szybka decyzja – co zabrać. Przyjeżdża mój były mąż, tata Oliwiera. Jedziemy do szpitala.

Kiedy wchodzę na salę Pani Basia trzyma Olinka na rękach. Już po pobraniu płynu. Wszystko poszło gładko. Ze względu na jego stan Pani doktor podała najpierw serię antybiotyków a potem pobrała płyn. Pani Basia nie pozwala mi wziąć go na ręce. Wkłada do łóżeczka i mówi, że do jutra nie mogę go podnosić. Rokowania kiepskie. Stan poważny zagrażający życiu. I znów to podłe uczucie….. Mija godzina za godziną. Lekarze nic nie mówią. Musimy czekać. Wieczorem przychodzi Pani Basia. „Pani Basiu co będzie z moim dzieckiem?” „On z tego wyjdzie, zobaczysz. Nie pojawiają się nowe plamy.” Lekarze ciągle nic nie mówią. Oli dostaje mrożone osocze. „Milion” kroplówek. W między czasie rozmowa z sanepidem, kto z dzieckiem się kontaktował, jakie dziecko ma warunki itp. Podaje numery, nazwiska wszyscy niezwłocznie mają pojawić się w szpitalu na badaniach. I tak też się dzieje. Przyjeżdża moja rodzina, moi przyjaciele. Którzy tak wiele dla mnie znaczą. I tak wieść się rozchodzi. Dzwonią znajomi, mówią, że jak trzeba pomóc, to oni mają oszczędności…. Jak trzeba leki, to z piekła wytrzasną…. Praktycznie obcy ludzie….. Moja przyjaciółka ze Szkocji dzwoni…. Jej kuzynka, której prawie nie znam….Która jest zupełnie innego wyznania niż ja organizuje mszę w swoim kościele….. Jak dobrze mieć wokół takich ludzi.

Nastaje wieczór. Mogę zostać. Pielęgniarki się litują i dają mi swój fotel. Jestem na tzw. małym oiom-ie, więc nie ma tam łóżek dla matek. Oliwier woła o pice. Jest bardziej kontaktowy niż rano. Nastaje noc. Nie śpię. Czuwam nad każdym jego oddechem……

Kolejny dzień przynosi złe wieści. Mały ma objawy oponowe. Prawdopodobnie doszło do zapalenia opon mózgowych. Czeka nas transport do Poznania, jak tylko wróci karetka. Bo w Pile byłym mieście wojewódzkim, liczącym 70 tys. mieszkańców, z jednym z większych szpitali w regionie, nie ma oddziału zakaźnego!!!!!. Będę mogła jechać z nim. Lekarz, który nas nie przyjął w sobotę a przyjmował nas rano w niedzielę ciągle do nas zagląda. Wiem, że ma wyrzuty. Ale wiem też, że w sobotę nie było oznak iż dojdzie do takiej tragedii. Nie mam żalu. Mam tylko pytanie Dlaczego on?? Dlaczego nie ja?? Przyjeżdża karetka, ale niestety mała. Nie mogę jechać, za to jedzie wspomniany lekarz. My za nimi z ojcem Olinka. Gubimy karetkę gdzieś po drodze. Przez telefon lekarz mówi mi, że najpierw jedziemy na ul. Szpitalną. Tam ma zapaść decyzja, czy Oliwier zostaje na oiom-ie, czy trafi na Nowowiejskiego na oddział zakaźny. Kiedy tam dojeżdżamy stoi nasza karetka. Wpadam i gorączkowo szukam mojego synka. Pani wprowadza mnie do gabinetu. Jest. Ucieszył się jak mnie zobaczył. Ściskam go, całuje, za co dostaje burę od lekarza. Ale jak ja mam go nie dotykać?? Decyzja: jedziemy na Nowiejskiego. Tam mają sprzęt do monitorowania parametrów życiowych a stan Oliwiera pozwala, aby nie leżał na oiom-ie.

Kiedy nas przyjmują ja od razu pytam, czy mogę zostać z dzieckiem. Oczywiście, ze mogę. Ulga. Pani doktor rozbiera Małego i wygłasza monolog „Nigdy nie widziałam tak silnych wybroczyn.” Ale to znaczy, że jest bardzo źle?? Nie zadaje tego pytania boję się…..

16 grudnia zaczynają się badania i telefon do Piły. Bakterie się nie wyhodowały, bo mikrobiologia jest w niedzielę zamknięta!!!! Przemilczę temat…. Z objawów wynika posocznica piorunująca menigokokowa. Typ A lub B być może C, choć mało prawdopodobne, bo przebieg wskazywał na dwie pierwsze. Oli nie był szczepiony. Chciałam, ale po konsultacji z lekarzem nie zaszczepiłam. Małe ryzyko itp. Z tym, ze mój brat w roku 1970 zmarł na zapalenie opon. Miała zaledwie 6 miesięcy. Kiedy powiedziałam o tym ordynatorowi z Poznania powiedział mi, że to mogła być sepsa tylko wtedy nie było na to określenia. Być może, że w naszej rodzinie dzieci mogą być bardziej podatne na tę chorobę.

Oliwier spuchł od nadmiaru płynów. Już wczoraj był spuchnięty, ale teraz to jest masakra. Przychodzą wyniki. CRP wynosiło ponad 300. Gorączka 39. Dostaje leki na pozbycie się nadmiaru płynów. Wybroczyn nowych nie ma na szczęście. Największe są na kolanach, łokciach. Reszta to nogi, ręce ale już dużo mniejsze. Była groźba, że może być problem z uchem, że mu po prostu odpadnie, bo miał na nim wielką wybroczynę. Zeszła bez śladu. Ordynator przychodzi ze mną porozmawiać. Mówi, że wyniki są gorsze, ale pierwsze były robione na początku choroby, więc te mogą być gorsze. Ma powiększoną śledzionę, znów nie pytam, bo się boje. Na szczęście nie doszło do zapalenia opon. Szybko podany antybiotyk przez lekarza w Pile spowodował zatrzymanie tego procesu. Doszło tylko do podrażnienia. Jego okresy przytomności były takie krótkie… Zaczęliśmy walkę o jego życie. Walczył on. lekarze ja. Kiedy spał, czytałam mu opowiadałam, jak to będzie, kiedy wrócimy do domu. Inny lekarz mówi mi, że jak nie będzie gorączki to znak, ze wygrywamy. Zaczyna się ważenie pieluch, liczenie wypitych płynów. Stan niepewności trwał prawie do końca tygodnia. Codzienne wyniki i słowa, że na razie nie widać znaczącej poprawy, były jak kolejna szpila w moje serce.

Sama podaje mu to, co mogę. Mój przyjaciel, który kiedyś mieszkał w Pile a teraz w Poznaniu, przywozi mi pieluchy, jedzenie, itp. Jak dobrze mieć takich przyjaciół.
W sobotę przyszła lekarka i powiedziała „Walkę o życie wygraliśmy Teraz zaczynamy walkę o zdrowie”

Tego, co wtedy czułam, nie da się opisać.

A mój kochany skarb z dnia na dzień miał się co raz lepiej. Ciągle miał włączoną heparynę 24/h i antybiotyki. Powoli zaczął siadać. W pierwszy dzień świąt, z moja pomocą zaczął stawać. A 26.12 uciekł z zabiegowego… I w ten właśnie dzień dostał wysokiej gorączki. Wszyscy zamarliśmy. Znowu badania. Znowu niepokój. Znów to dziwne uczucie. Na szczęście okazało się, że zagorączkował od wenflonu. Stan żył miał taki, że nie było się gdzie wkuwać i ten jeden wenflon został dłużej. Atybiotyk skończyli mu podawać 30.12 a heparynę zastąpili jednym zastrzykiem w brzuch 29.12. Mały w oczach zaczął wracać do siebie. Bawił się czytaliśmy książki układaliśmy klocki. Zaczął powoli chodzić. Groził mu przeszczep skór ale plamy na tyle zniknęły, że na szczęście nie było to konieczne.
Ktoś tam nad nami u góry czuwał, chyba nawet wiem kto. Dziękuję, mój wspaniały kochany teściu.

30.12 pojechałam do domu a przyjechała do Małego moja mama. Nie chciałam. Ale kazali. Lekarze, pielęgniarki i mama. W szpitalu przy nim nie płakałam. Nie załamywałam się. Jak mantrę powtarzałam słowa Pani Basi „Ania on z tego wyjdzie zobaczysz” Kiedy pojechałam na te dwa dni do domu, nie przestawałam płakać. Z rozpaczy, że tyle wycierpiało moje dziecko, z radości, ze już wszystko ok. 02.01.2009 wróciliśmy po prawie 3 tyg do domu. To było tak, jakbym go po raz drugi urodziła.

Jedynym śladem po tej paskudnej chorobie są blizny. Neurologicznie wszystko ok. Oliwier jest uroczym dwulatkiem. Kiedy w sierpniu tego roku trafiliśmy do szpitala, z powodu ostrych wymiotów, znów miałam w sercu to dziwne uczucie. Na szczęście nie było to nic poważnego. Wydawało mi się, że Oliwier był za mały żeby pamiętać swój grudniowy pobyt w szpitalu. Jednak się myliłam… Mimo, iż ze wszystkich sił próbowałam aby zapomniał, pamięta. Powiedział mi „inny pokój” czyli pamięta tamten, kiedy wchodziła pielęgniarka mówił „Nie chcę kuj”. Pamięta, ale mam nadzieje, że zapomni. Szkoda tylko, że ja nie mogę zapomnieć tego piekła. Każda jego gorączka wywołuje u mnie atak paniki. Dużych skupisk ludzi unikam jak ognia. Czasem wydaje mi się, że popadłam w jakąś paranoje. Oli będzie szczepiony dopiero w styczniu. Musi minąć rok od wyzdrowienia.

Dziękuje Bogu za to, że dał nam szansę.
Dziękuje mojej rodzinie i przyjaciołom, za to byli, są i będą.
Dziękuje znajomym za modlitwę, trzymanie kciuków, sms-y.
Lekarzom i pielęgniarkom z obu szpitali. Dziękuje, ze uratowaliście mój Skarb.
I Sabinie ze Stowarzyszenia Parasol dla Życia, za wiarę, że można coś na tym świecie zmienić.