Historia Igorka

igorekJestem mamą dwóch wspaniałych Synków – obecnie trzyletniego Krzysia i16 miesięcznego Igorka.
11października 2009 roku zapamiętam na zawsze jako najgorszy dzień mojego i Igorka życia…

Igorek urodził się 27 lutego 2009 roku.

Zdrowy silny chłopak – niestety juz wtedy miał swój pierwszy cud. W dniu porodu (41 tydzień) pojechałam do szpitala w ostatniej jak się okazało chwili (niczego nieświadoma) z pełnym rozwarciem  i pełnymi skurczami porodowymi – czego w ogóle nie czułam, a miałam doświadczenie, bo starszego syna urodziłam naturalnie. Diagnoza lekarki poraziła mnie: odklejane w połowie łożysko, dziecku grozi niedotlenienie. Szybka reakcja lekarzy. Cesarskie cięcie w pełnej narkozie i nasz pierwszy cud. Dziecko urodziło się zdrowe i silne. Dostało 8/10 punktów i kolejny szok. Okazało się, iż ma zawiązany prawdziwy supeł na pępowinie.

Gdyby sie urodziło normalnie groziło mu niedotlenienie z dwóch powodów: pępowiny, którą by się poddusiło oraz dodatkowo brakiem tlenu z powodu łożyska odklejonego w połowie.

Po fakcie i szczęśliwym porodzie to tylko chwilowo moja psychika i wyobraźnia podziałały: „co by było gdyby” i sobie myślałam, że dziecko jest chronione przez jakieś siły nadprzyrodzone i nic gorszego nas już nie może spotkać. A jednak życie pokazało inaczej.

Piękny okres pierwszych miesięcy mijał nam idealnie: zero chorób, kataru, kaszlu -po prostu ideał.

Od 1.09.2009 moje starsze dziecko zaczęło uczęszczać do żłobka. Zaszczepione za poradą naszej pediatry jedną dawką szczepionki przeciwko meningokokom (wtedy Krzyś miał skończone dwa lata) i zaplanowane po 6 tygodniach szczepienie (14.10) przeciwko pneumokokom Prevanarem 7.

14.10.2009 miałam zaszczepić obu synków, niestety 11.10.2009 pokrzyżował nam nasze plany.

Igor miał tydzień wcześniej katar i 3 dni gorączki 39 st. Nie byłam nawet u lekarza, bo poza tymi objawami nic się nie działo, więc sama postawiłam diagnozę: trzydniówka. Była, minęła = mamy za sobą.

W kolejny weekend nawrót gorączki, którą ciężko było zbić. Spadała na chwilę, by znowu wracać do 39 – 40 stopni

Sobota 10.10. Zaniepokojona utrzymującą sie gorączką i wypiekami na buzi dziecka, pojechałam do szpitala.

Na szczęście mieszkam w Katowicach i szpital pediatryczny (Centrum Zdrowia Dziecka na Ligocie) Izba Przyjęć bardzo dokładnie bada dzieci. Nie lubi natrętnych ludzi co przyjeżdżają z „byle czym”, ale każdego małego pacjenta, jak juz tam trafi, przekierowują na badanie krwi i zleca się gazometrię.

Wynik CRP nie był u nas jakoś specjalnie wysoki. Lekko ponad normę, ale bez paniki – ok 20 – 30 (norma 0 – 10).

Zalecono leki przeciwgorączkowe i stwierdzono lekkie zapalenie ropne migdałków i odesłano nas do domu.

Niedziela 11.10. Dziecko od rana było dziwne. Gorączka nie dająca się zbić niczym. Czopki, Nurofen, Ibufen podawałam na zmianę i była zerowa poprawa. Ciągle 39,5 – 40,5st utrzymywało się non stop.

Do tego zawsze chętny do jedzenia Igorek odmawiał mleka (był karmiony piersią + dostawał jedzenie ze słoiczków na zmianę z domowym). O godzinie 10:00 Igor ciągle, mimo przespanej nocy, był senny. Dosłownie minimalnie ssał mleko i zasypiał przy tej czynności co chwilę. Potem juz nic nie chciał jeść.

Ciągle śpiący i lejący sie przez ręce. Co jakiś czas przebudzał się i szukał jedzenia, ale co udało mu sie dać: zarówno picie jak i mleko to od razu zwracał i ponownie usypiał.

Zadzwoniłam do szpitala na Izbę Przyjęć. Niezbyt miła Pani powiedziała, że jak dziecku nie przejdzie do 16 stej to mam przyjechać, bo się może odwodnić i podadzą Igorowi kroplówkę. Niestety do 16 stej nic się nie zmieniło a jak Igorka po raz kolejny złapały torsje to zapakowaliśmy się rodziną do auta i pojechaliśmy do szpitala.

Około  17 byliśmy na miejscu i tam rutynowe pytania się zaczęły. Jedno spojrzenie doświadczonej  pielęgniarki na dziecko i od razu wezwano po lekarkę z neurologii. Jeszcze tylko pielęgniarka   dotknęła Igorka po główce, macając ciemiączko i powiedziała, że na jej oko to są ” klasyczne opony”.

My od razu z mężem spojrzeliśmy na siebie z niedowierzaniem:  jakie opony? o co chodzi?  Co jest naszemu dziecku?. Nikt nie był w stanie nic nam powiedzieć, bo w moment zeszło na dół wielu ludzi w kitlach: sanitariusze, pielęgniarze z oddziału z łóżkiem, z maska tlenową.

 Lekarka do gabinetu wzięła nas „od ręki” przed innymi pacjentami. W trakcie badania dziecko zdążyło się zrobić trupio blade. Straciło przytomność. Dosłownie z minuty na minutę Igor  gasł w oczach. Lekarka stwierdziła sztywność karku, wypukłe ciemiączko – wystawało jak kulka z głowy. Podano mu tlen. W  ekspresowym tempie wywieziono Igorka  na tomograf komputerowy. Robiono go bez znieczulania, bo Synuś stracił przytomność i kontakt ze światem.

Wyproszono mnie z sali tomografu. Widok malutkiego bezbronnego ciałeczka pod maską tlenową większa od jego buzi był tragiczny.

Emocje jakie wtedy przeżywa rodzic / matka są nie do opisania. Stałam pod tą salą z tomografem i płakałam z bezradności, niewiedzy, niepewna  wszystkiego.

Nie wiedziałam co tam robią mojemu dziecku a w uszach brzmiało mi tylko to co powiedziała pielęgniarka: opony, „klasyczne opony”.

 Ponownie zabrano nas na  Izbę Przyjęć i zrobiono Igusiowi  bez znieczulenia punkcję z płynu rdzeniowo – mózgowego. Był straszny:mętny, kisielowaty, koloru rdzy.

Diagnoza Lekarki: ropne zapalenie opon mózgowo rdzeniowych .

 Przyszły również wyniki z badań krwi: CRP 200, zakażenie organizmu w maksymalnym stadium. Słowa lekarki: „nie wiemy jaka bakteria zainfekowała dziecko, ale na pewno jedziemy na oddział neurologii. Proszę podpisać dokumenty”. Była tego masa. Przez łzy podpisywałam wszystko co mi dano. Rzuciło mi się w oczy pół zdanie: ” …w razie śmierci dziecka… „. Usłyszałam również,że  najbliższa doba pokaże czy moje dziecko przeżyje. Nikt ze mną nie chciał rozmawiać szczegółowo o tej chorobie. Nie mam o to pretensji. Gdybym wtedy wiedziała o pneumokokach tyle co obecnie, to bym tam dostała zawału.

Cały pobyt w szpitalu dawkowano mi informacje w takim stopniu, bym wiedziała co sie dzieje z moim dzieckiem ale też nie straszono mnie i nie opowiadano historii, co może się stać a z drugiej strony nie dawano nadziei na nic. Kazano tylko czekać i obserwować czy się robią wybroczyny, czy są drgawki, gorączka, zmieniony oddech. Jeśli byłyby jakiekolwiek zmiany to mam alarmować lekarza.

Dziecko popodłączano do mega ilości rurek, kabelków. Dostaliśmy izolatkę i objęto nas reżimem sanitarnym. Z początku był u nas tłum na sali – lekarze, pielęgniarki. Byłam totalnie skołowana. Przerażały mnie kroplówki, zamieszanie i panika. Nawet nie pamiętam czy coś mówiono do mnie czy nie. Zamroczyło mnie a mój mózg nie mógł przyjąć i przetrawić wiadomości co jest z moim dzieckiem nie tak skoro dzień wcześniej tu byliśmy i było wszystko ok. A już wtedy nie było, ale nikt nie był tego w stanie przewidzieć.

Pneumokoki to wredne bakterie, które atakują w momencie i się panoszą w tempie błyskawicznym w całym organizmie jeśli tylko dostana się do krwiobiegu.

W końcu nas zostawiono na chwilę samych tej pierwszej nocy. Dziecko spało, kroplówka się sączyła po kropelce. Pierwszy raz mogłam potrzymać Igorka za rączkę: biedną, nakłutą, bladą i niesamowicie wiotką. Obserwowałam go non stop. Lekarka sama z siebie przychodziła co 10 minut patrzeć i doglądać. Pielęgniarki przychodziły sprawdzać kroplówki a te się sączyły jedna za drugą do rana.

Około północy coś zaczęło piszczeć dziwnie Zawołałam lekarza. Przeprowadzono ciche rozmowy wewnętrzne i zadecydowano by podać dziecku osocze z krwi. W międzyczasie zrobiono chyba z 5 razy morfologię.

W końcu po 12 h od pobrania posiewu na bakterie przyszły pierwsze wyniki i pełna diagnoza, która mnie dobiła ostatecznie, a kolejne badania i dokładniejsze hodowanie bakterii w laboratorium potwierdziły wszystko:

1. zapalenie opon mózgowo – rdzeniowych wywołane przez pneumokoki – atak był z noska

2. sepsa (posocznica)

3. meningokok w gardle (ale on nic nie zdążył zrobić)

4. gratis: rota wirus i biegunka dodatkowo osłabiająca i tak wystarczająco wykończony organizm mojego Synka.

Mój świat się załamał. Miałam same czarne wizje. Nie mogłam nic się dowiedzieć konkretnego, poszłam do lekarki – super Pani ordynator prowadzącej. Powiedziała, że dziecko przyjechało w bardzo złym stanie i z zagrożeniem życia.  Stan sie stabilizuje i pozostaje nam czekać. Na moje pytane czy po tych chorobach będą jakieś powikłania P. Dr  nie była mi w stanie nic powiedzieć poza: musimy poczekać.

Dodała, że miał ogromne szczęście, że trafił na oddział zanim by zapadł w śpiączkę i tak szybko został zdiagnozowany i podano odpowiednie antybiotyki i sterydy. Gdybyśmy czekali jeszcze godzinę z przyjazdem, to mogłoby juz go z nami nie być.

W  sumie nie mogłam sie spodziewać niczego pozytywnego. Oddział neurologii to miejsce, gdzie trafiają dzieci z opóźnieniami rozwojowymi, z defektami mózgu, padaczkami i innymi nieciekawymi chorobami układu nerwowego i mózgu.  Wyszłam od tej Pani Dr już o nic nie pytając.  Uświadomiłam sobie sama, że niestety pozostaje mi mieć tylko nadzieję. Poza tym o co tu pytać. Sam widok dzieci na tym oddziale wystarczająco dobijał i utwierdzał, że jest bardzo źle.

Spędziłam z Igorkiem 5 tygodni w szpitalu – wyszliśmy 5 listopada 2009.

Nam sie udało. Dzięki super szybko postawionej, dobrej diagnozie i tej opatrzności nad moim dzieckiem. Że miało klasyczne objawy choroby, że trafiliśmy na dyżur nocny wspaniałej Pani Dr neurologii. Dzięki temu mój Syn żyje i to bez żadnych powikłań. To był jego cud numer dwa.

Dzięki 4 tygodniom pełnego podawania i stopniowego odstawiania dwóch mega mocnych antybiotyków w kroplówce i 2 sterydów dziecko udało sie w pełni wyleczyć.

Pokłute było dosłownie wszędzie.  Malutkie żyłki od naporu ilościowego kroplówek pękały. Dzielne pielęgniarki robiły wszystko by nie dopuścić do wbijania się w głowę czy w żyłę główną na stałe.

Średnio co drugi dzień był nowy wenflon a czasem zdarzały sie i dwa na dzień. Kroplówki były w ilości przechodzącej moje najczarniejsze wyobrażenia o zastrzykach.

Jedynie kontrolny rezonans magnetyczny wykrył jakieś zmiany w kości skroniowej. Z tego powodu w planowanym terminie wypisu zostawiono nas jeszcze na tydzień i poddano Igorka paracentezie – przecięciu błony bębenkowej ucha (zabieg w narkozie) – aby mieć pewność, że za tą błoną nie został płyn, w którym mógł sie ukryć pneumokok i ponownie zaatakować.

Po wyjściu ze szpitala robiłam Igorkowi kontrolne USG mózgu i wszystko było ok. Minęło już 8 miesięcy. Po pól roku i kilku wizytach u neurologa dostaliśmy zgodę na dalsze szczepienia. Po konsultacji z poradnią szczepień w Katowicach od razu zapadła decyzja, że szczepimy najpierw pneumokoki, łącząc je z odrą,świnką, różyczką. Po tym szczepieniu za 4 kolejne tygodnie szczepimy meningokoki i za kolejne 4 tygodnie dawka przypominająca pneumokoków.

Dwa szczepienia mamy już za sobą (szczepiłam dziecko ulepszonym, dostępnym od 1 stycznia 2010 roku   Prevanarem 13).

Igorek 27.06 skończył 16 miesięcy. Normalnie i sprawnie chodzi ponad 3 miesiące. Jest zdrowy, radosny, ma apetyt i nie pamięta tego koszmaru

Cieszę się jego i naszym szczęściem. Pozornie wykasowałam ten okropny czas z mojej pamięci. Czasem to wraca samo we śnie lub gdy dotrę gdzieś do jakiejś historii dziecka, któremu sie tak nie udało jak nam to przechodzą mnie dreszcze i wszystko staje przed oczami na nowo.

Każdemu kto się spotka niestety z tymi groźnymi bakteriami życzę, aby udało sie je zwalczyć jak najszybciej i skutecznie.

Najważniejsze jest, by trafić na dobrego lekarza, nie dającego od razu antybiotyku, który źle dobrany tylko zaciemnia właściwy obraz choroby.

Moja dobra rada dla wszystkich odpowiedzialnych Rodziców, którzy to przeczytali:

Szczepcie swoje dzieci od razu, gdy tylko można, czyli od 6 tygodnia życia.

Ja zdecydowałam się na to za późno, słuchając swojego pediatry, aby nie panikować, bo to zwykłe bakterie spośród tysięcy jakie nas otaczają i po co narażać siebie na wydatki oraz kłucie dziecka.

A jak juz zaplanowałam po swojemu to 4 dni niestety ubiegł nas nieproszony pneumokok. nieproszony

 Jesteśmy przykładem, że można z tego wyjść bez komplikacji i powikłań, ale nikomu nie życzę takich przeżyć w szpitalu i patrzenia na własne, tak bardzo cierpiące dziecko

 z poważaniem Justyna Foryś

w razie jakichkolwiek pytań czy chęci rozmowy służę pomocą:
gg 3030358 lub mail: justfor@vp.pl