Historia Bartusia

W lutym 2001 roku urodził się mój synek Bartuś. Był silny i zdrowy. Od pierwszych chwil jego życia karmiłam go piersią. Nigdy nie zapomnę tej niezwykłej chwili, kiedy tuż po urodzeniu, przecięciu pępowiny i innych czynnościach związanych z porodem, podano mi mojego synka abym mogła go nakarmić. Wtedy widzieliśmy się po raz pierwszy. Spod mojej ogromnej piersi wystawały wielkie czarne oczy i pomarszczona buzia. Rozpierało mnie szczęście i duma, że udało mi się dokonać rzeczy tak niezwykłej – wydać na świat cudownego małego człowieka.

Bartuś rósł jak na drożdżach, gdy skończył 10 miesięcy zaczął chodzić, tydzień później już wyłącznie biegał. Nigdy nie chorował, był szczepiony zgodnie z ówczesnym obowiązkowym i zalecanym kalendarzem szczepień, do końca 12 miesiąca chłeptał z rozkoszą przynależną dziecku porcję mleka z moich piersi. Wydawało mi się, że potrafię ochronić moje dziecko przed złem tego świata, a przynajmniej przed chorobami. W końcu na start dałam mu wszystko, co tylko było możliwe. Pod koniec lutego 2002 roku Bartuś załapał jakiś mały katar. W trzy dni było po katarze. Wiadomo, dziecko zdrowe, silne, to była jego pierwsza w życiu choroba.

17 marca były imieniny męża. Przyszli znajomi z dziećmi. Wszyscy, a szczególnie milusińscy, mieli mnóstwo zabawy. Dzieci zgromadziłam w jednym pokoju, dałam do dyspozycji wszystkie zabawki, jakie tylko miałam w domu, pozwoliłam zrobić bałagan – byle bez przestawiania ścian. Bartuś był zachwycony. To były nasze ostatnie szczęśliwe chwile, choć wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy.

19 marca (wtorek)

Bartuś ma gorączkę, stracił apetyt i jest jakiś apatyczny. Przy tym ślini się i wkłada piąstkę do buzi. Jak nic ząbkuje. Ale w nocy śpi dobrze, nie zrywa się nie płacze.

20 marca (środa)

Bartuś nie ma gorączki, wrócił mu apetyt, szaleje jak zawsze. Wrzeciono nie dziecko?. Wszystko jest w porządku.

21 marca (czwartek)

Bartuś od rana znowu gorączkuje. Dzwonię do Zbyszka, żeby kupił w aptece coś na ząbkowanie, jakiś żel albo inny specyfik.

Przyglądam się z niepokojem synkowi. Jest apatyczny, słaby od gorączki, zamiast swoim zwyczajem biegać po domu siedzi tylko i patrzy przed siebie, jakby miał za mało siły nawet na to, żeby zamknąć oczy.

Kiedy po południu przychodzi doręczyciel z paczką, nawet nie mam jej jak odebrać, bo Bartek zaczyna wymiotować. Na szczęście doręczyciel jest zaprzyjaźniony, niejedną paczkę już nam przyniósł, nie muszę mu zbyt wiele tłumaczyć.

Zbyszek przychodzi z pracy z kupionym w aptece żelem na ząbkowanie. Ale od razu widać, że to nie dziąsła dolegają Bartkowi. Wieczorem stan jest wciąż taki sam, więc dzwonimy do lekarza, żeby zamówić wizytę w domu. Lekarz każe nam od razu jechać do szpitala, tak na wszelki wypadek. Jedziemy.

W szpitalu pani doktor robi mu jakieś badania. Pyta, czy dziecko zawsze takie spokojne. Nie, normalnie jest bardzo żywy. No właśnie, mówi pani doktor, bo jakoś tak zbyt spokojnie reaguje na pobieranie krwi i inne badania.

Zostajemy tu na noc. Zbyszek rano doniesie mi potrzebne rzeczy, jeśli nasz pobyt tu będzie się musiał przedłużyć.

Kładę się obok Bartka na łóżku, przytulam go do siebie. Nie wolno, syneczku, tak straszyć mamusi. Masz zdrowieć i już. Święta idą, zapowiadają ładną pogodę. Nieładnie tak straszyć mamusię gorączką.

Zasypiamy.

22 marca (piątek)

Pani doktor przychodzi rano i mówi, że Bartek ma bardzo wysokie OB. 125. Nic mi ta liczba nie mówi. Równie dobrze mogłabym usłyszeć 23498 czy też 2,46. Ja jestem humanistka, w dodatku blondynką. Nigdy nie miałam robionego badania OB. Nie wiem, co to znaczy. Podobno, że jest stan zapalny jakiś i trzeba go poszukać. Dobrze, to niech szukają. Zabierają Bartka na badania.

Nie wiem, ile czasu minęło. Dziwnie w szpitalu czas płynie. W końcu przychodzi pani doktor. Muszę podpisać zgodę na pobranie płynu rdzeniowego. Podpisuję. Słucham jeszcze, jak pani doktor mówi, że to w celu wykluczenia zapalenia opon mózgowych. Dobra, dobra. Róbcie, co musicie, wykluczajcie, tylko wreszcie znajdźcie przyczynę choroby mojego dziecka i je zacznijcie leczyć. Na koniec pani doktor dodaje, że tak czy inaczej Bartek już dostanie potrzebne leki.

Znowu nie wiem ile czasu minęło. Jest wynik badania – zapalenie opon mózgowo- rdzeniowych. Brakuje mi powietrza. To podobno bardzo poważna choroba. W dzieciństwie należała do tych chorób, o których wieczorami z koleżankami opowiadałyśmy sobie historie zasłyszane w domu, takie wiecie: „A znajoma mamy miała dziecko, i to dziecko..” Moja wiedza o chorobie ogranicza się zatem do informacji, że taka choroba jest.

Dowiaduję się, że muszę jechać z Bartkiem do Wrocławia do kliniki chorób zakaźnych, bo taka jest procedura. Dzwonię do Zbyszka. Płaczę w słuchawkę. Musisz spakować mi rzeczy jakieś. Co mam ci wziąć? Cokolwiek na wyjazd, sam coś wymyśl, jakąś bieliznę, kosmetyki. Boże, nie mogę się skupić na prostej czynności sporządzenia głupiej listy rzeczy do zabrania. Zbyszek mówi, że coś weźmie, że spakuje mnie. Dzwonię w tym czasie do mamy. Do mojej mamy. Czuję się jak małe dziecko. Jakbym to ja potrzebowała opieki, a nie Bartuś. Biorę się w garść. Nie mogę niepotrzebnie straszyć mamy.

Godzinę później Zbyszek jest w szpitalu z torbą. Nie mam teraz głowy, żeby ją sprawdzać. Czekamy na karetkę. Taką do przewożenia dzieci ma tylko Legnica, więc czekamy, aż będzie wolna i do nas dojedzie. Uspokajamy się nawzajem, że wszystko będzie dobrze.

Pytam lekarza, czy będę mogła jechać karetką z Bartkiem. Dopiero teraz przyszło mi do głowy, żeby o to zapytać. Wiadomo, blondynka. Lekarz mówi, że nie powinno być problemu, że jeśli będzie miejsce, to na pewno mnie wezmą.

Jest już karetka. Mogę jechać z nimi, jest miejsce. Zbyszek bierze Bartusia od pielęgniarza, sam zanosi go do karetki, potem pomaga mi do niej wejść. Chwila, której nie zapomnę do końca życia: zatrzaskują się drzwi, włącza się syrena, Zbyszek zostaje na podjeździe szpitala. Dlaczego tak ryje mi się w pamięci ta chwila?

Jadąca ze mną lekarka, pielęgniarz, kierowca i ja zajmujemy sobie czas omawianiem zachowania polskich kierowców na drodze. Zbyt wielu ma sobie za nic wyjącą syrenę, szkoda gadać.

W jakimś rekordowym jak dla mnie czasie przybywamy do Wrocławia. Przyjmująca mnie lekarka jest boleśnie rzeczowa: to pneumokokowe zapalenie opon, najgroźniejsze. Pierwszy raz w życiu słyszę o pneumokokach. Stan jest poważny, ale z karty wynika, że już w Bogatyni podano Bartkowi stosowny antybiotyk, więc leczenie już zostało rozpoczęte.

Pielęgniarka wskazuje mi obdrapaną salę, w której mam przebywać z Bartkiem. Ze słów lekarki wynika, że leczenie potrwa kilka tygodni. Dzwonię do mamy, potem do Zbyszka. Muszę się rozpakować. Jak można było się spodziewać nie mam wielu potrzebnych rzeczy. Między innymi do rana nie mam co jeść. Ani pić. Pani z sąsiedniej sali okazuje się mamą dawnej uczennicy. Dzieli się ze mną kolacją, częstuje kawą, wyjaśnia jak tu jest. Rano będę mogła iść do sklepu i poczynić odpowiednie zakupy.

Boże, ale ten dzień długi. Tyle się wydarzyło. Jeszcze rano byłam w Bogatyni, a tu już jestem we Wrocławiu, a w perspektywie mam długie tygodnie w tym obdrapanym, ponurym szpitalnym pokoju.

W nocy Bartek raczej czuwa niż śpi. Budzimy się więc oboje co jakiś czas, podaję mu picie, nasłuchuję oddechu. Oj, syneczku, z tym zapaleniem opon to już chyba przesadziłeś. Żeby tak starą matkę straszyć.

23 marca (sobota)

Bartuś jakoś dziwnie oddycha. Nabiera powietrze w płuca, a potem wypuszcza je z takim jakimś mruczeniem, jękiem. Nie potrafię tego opisać. Wołam pielęgniarkę. Zaczyna go badać jakoś tak intensywniej, ze skupieniem na twarzy, mówi, że za chwilkę przyjdzie lekarz. Pytam, czy skoro teraz zajmą się Bartkiem, mogę szybko iść do sklepu? Jutro niedziela a ja muszę coś jeść. Nawet jeśli nie mam ochoty. Mogę.

Sklep jest raczej średnio zaopatrzony. Długo na tym nie pociągnę, ale kilka dni wytrzymam. Jak przyjedzie Zbyszek to przywiezie mi coś do jedzenia.

Wracam. W drzwiach sali znowu brakuje mi powietrza. Nad Bartusiem pochyla się stado ludzi, wyraźnie zaniepokojonych. Jakbym oglądała „Ostry dyżur”. Biegają, coś do siebie nawołują. Nawet nie zauważyli, że weszłam. Nie wiem, o co chodzi, ale widzę, że jest niedobrze. Wreszcie jakaś pielęgniarka mnie dostrzega, wyprowadza na korytarz. Pani syn miał wstrzymanie krążenia, reanimujemy go. Słowa docierają do mnie jak przez mgłę. Boże, nie zabieraj mi go.

Dzwonię do taty. Strasznie płaczę, więc dopiero po chwili udaje mi się powiedzieć, że Bartuś jest reanimowany. Tato każe mi się trzymać i dzwonić, jak tylko będę wiedział coś więcej. Kulę się pod ścianą. Korytarzem biegnie jakaś pielęgniarka, a do mnie docierają jej słowa: Jeszcze żyje! Znowu nie mam czym oddychać.

Musimy jechać na OIOM dziecięcy na Skłodowskiej. Okazuje się, że muszę znaleźć sobie jakieś lokum do spania, bo OIOM nie zapewnia łóżek dla rodziców. Bartka podłączają do jakiejś aparatury, potrwa to dłuższą chwilę. Mam zatem czas na zorganizowanie noclegu dla siebie. We Wrocławiu znam tylko jedną osobę – dawnego ucznia, teraz poważnego studenta. Ale nie mam do niego numeru. Dzwonię do Zbyszka. Zadzwoń do jego rodziców, dowiedz się o ten numer, powiedz, jaka jest sprawa. Problem załatwienia numeru do Tomka odrywa mnie na chwilę od Bartka. Odrobinę się rozluźniam i wreszcie mogę znowu oddychać głębiej. Dostaję wreszcie ten numer i dzwonię. Tomek zgadza się bez zbędnych pytań. Jestem mu za to wdzięczna. Rozwiązanie jednego problemu – takie szybkie i łatwe – daje mi poczucie, że wszystko się ułoży.

Oczekiwanie na zobaczenie Bartusia przeciąga się w nieskończoność. Wciąż coś przy nim robią, wciąż go podłączają. Dlaczego to tak długo trwa? Boże jedyny, jak to się stało? Jak to jest możliwe? Ja nic z tego nie rozumiem. Jeszcze tydzień temu byliśmy tacy szczęśliwi, jeszcze tydzień temu Bartuś był z nami – zdrowy. Dlaczego to wszystko tak szybko się dzieje? Jeszcze nie zdążyłam poukładać sobie w głowie tego, że Bartuś ma zapalenie opon, a już go reanimują, bo ma zatrzymanie krążenia. O co chodzi?

Wreszcie przychodzi do mnie lekarka. Bartek teraz jest w śpiączce. W głębokiej śpiączce. Stan jest ciężki, ale stabilny. Ten zwrot już do końca życia będzie wywoływał u mnie gorzki uśmiech. Stan ciężki, ale stabilny. Czy mogę wreszcie zobaczyć mojego synka? Tak.

Wchodzę do sali i znowu brakuje mi powietrza. Mój synuś leży na wielkim łóżku podłączony do mnóstwa aparatury, z nosa i gardła wystają mu rurki, z żył wystają wenflony. Gdzie w tym wszystkim jest moje dziecko? Gdzie jest mój poruszający się wyłącznie biegiem Bartuś? Cała ta sytuacja wydaje się tak nierealna, jakby nie dotyczyła mnie, jakbym oglądała jakiś koszmarny film. I już wiem, że widok Bartka z tymi rurkami zostanie ze mną na zawsze.

Siadam obok łóżka. Oj, syneczku. Zafundowałeś mamusi niezły horror. Już ty lepiej do mnie wracaj stamtąd, gdzie teraz jesteś. Wracaj do mamusi z dalekiej podróży, wracaj do nas z tej śpiączki.

Boże, żebym mogła wziąć na siebie choć część jego bólu i jego choroby. Nie zabieraj mi go Boże, spraw jakiś cud.

Wieczorem u Tomka dziękuję sobie w duchu za wybór lokum – pachnie tu studenckim życiem, beztroską. Tomek opowiada anegdotki z życia żaka polibudy. Nawet się uśmiecham. Tomek nie pyta o nic, nie muszę nic mówić. On tylko zabawia mnie i dyskretnie odciąga od ciągłego rozmyślania o Bartusiu. Znowu wraca poczucie, że może wszystko będzie dobrze.

Późno w nocy udaje mi się zasnąć.

24 marca (niedziela)

Przyjeżdża Zbyszek i razem idziemy do szpitala. Lekarka mówi teraz wszystko Zbyszkowi. Jeszcze raz cierpliwie tłumaczy, co jest. Znowu to idiotyczne określenie: stan ciężki, ale stabilny. To takie określenie, które chyba ma dać rodzinie jakąś nadzieję, jakieś złudne poczucie spokoju. Ale to przecież potworna bzdura. Permanentna głupota to także stan ciężki, choć stabilny, ale czy to na pewno dobrze?

Z trudem przychodzi mi patrzenie na nieruchomego Bartka. Zawsze najpierw widzę rurki, dopiero potem jego buzię. Biorę go za rączkę, głaszczę i zamykam oczy. Tak jest lepiej. Przez mgnienie oka mogę poczuć się tak, jakby Bartuś tylko spał. Śpiewam mu jego ukochane kołysanki. Są nimi kolędy – Oj maluśki i Gdy śliczna panna. Za kilka dni Wielkanoc, więc pewnie wyglądam jak kretynka, ale pielęgniarki nie komentują. Zresztą mam to w nosie. Mówią, że chory w śpiączce może słyszeć, więc niech Bartuś słyszy ukochane piosenki. Nawet jeśli to kolędy w środku wiosny.

Tomek teraz ma do zabawiania mnie i Zbyszka. Ale jego niekłamana radość z bycia młodym studentem sprawia, że naprawdę się uśmiechamy.

25 marca (poniedziałek)

Zbyszek przed odjazdem chce jeszcze zobaczyć Bartusia. Potem znowu zostaję sama. Do wieczorem na zmianę śpiewam Bartusiowi piosenki, rozmawiam z panią psycholog, która zaczepia rodziców do rozmowy, albo wychodzę na zewnątrz. Lekarze wciąż powtarzają to samo: głęboka śpiączka, stan ciężki, ale stabilny. Nie potrafią mi na razie powiedzieć, czy i jakie ślady choroba zostawi na Bartusiu. Unikają nawet gdybania czy przedstawienia mi jakiegoś możliwego konkretnego obrazu. A może mi się tylko wydaje? Zresztą nie do końca rozumiem, co do mnie mówią, nazewnictwo medyczne jest odległe ode mnie o lata świetlne.

Wciąż nie mogę pojąć, jak to wszystko się stało.

26 marca (wtorek)

Rano, kiedy wchodzę na salę Bartusia, pielęgniarka mi mówi, że lekarka chce ze mną porozmawiać. Czekam więc, aż mnie wezwie. Może coś się poprawiło? Może już wiedzą, jakie uszkodzenia nastąpiły? Coś mówili wczoraj, że zrobią mu badanie tomografem.

Lekarka wreszcie przychodzi. Prosi mnie na korytarz, tam siadamy przy małym stoliku na nawet całkiem wygodnych fotelach. Dlaczego mój mózg rejestruje takie bzdury? Jakie to ma znaczenie, że fotele są wygodne.

Lekarka mówi, że bardzo jej przykro, ale z badania tomografem wynika, że Bartuś miał bardzo rozległy wylew podpajęczynówkowy, że opona mózgowa została praktycznie rozerwana, że pień mózgu nie żyje, że moje dziecko nie żyje, tylko maszyna utrzymuje funkcje życiowe ciała, że musimy podjąć decyzję, czy odłączamy od respiratora teraz, czy też czekamy aż organy wewnętrzne same obumrą.

Dopiero po chwili dochodzi do mnie to, co słyszę. Znowu brakuje mi powietrza. Nic nie widzę, bo oczy mam pełne jakiejś wody. A nie, to nie woda, to łzy. Płyną z oczu, chociaż poza tym żadnych oznak płaczu – bez łkania szlochu, bez dźwięku. Wychodzę na zewnątrz budynku, siadam na kamiennych schodach i dopiero teraz zaczynam szlochać całym ciałem.

Więc jednak cudu nie było.

Nie mogę się dodzwonić do domu, do Zbyszka. Dopiero Tomek kontaktuje się z nim z pomocą swego ojca. Podobno w Bogatyni zerwało jakiś światłowód, nie działają telefony stacjonarne, bankomaty.

Zbyszek wieczorem jest znowu we Wrocławiu. Jedziemy do szpitala. Patrzę na Bartusia, dotykam go, nie mogę uwierzyć, że tu już nie ma życia. Przecież jest ciepły, serce mu bije. oddycha. Znowu nie mam czym oddychać.

Późno w nocy dzwonimy do rodziny i znajomych.

27 marca (środa)

W szpitalu rozmawiamy z lekarką. Nie ma sensu trzymać Bartusia pod respiratorem. A jeśli jakieś inne dziecko będzie potrzebowało tego miejsca? Chcemy podpisać zgodę na pobranie organów do przeszczepu. Lekarka dziękuje, ale to było zakażenie bakteryjne, inne dziecko byłoby za bardzo narażone na chorobę. To kolejny cios. Miałam jednak nadzieję, że choć cząsteczka Bartusia będzie żyła, choćby w innym organizmie. Ale nawet to los nam odbiera.

Po południu zbiera się komisja. Potwierdzają śmierć pnia mózgu. Odłączają Bartusia od respiratora.

Za kilka dni Wielkanoc. Tuż po niej, 5 kwietnia, Bartuś skończyłby 14 miesięcy. Zamiast życzeń piszę mu wiersz:

Ile trzeba mieć w sobie bolesnej pustki,

żeby ludzie wzięli to za siłę?

Ile trzeba mieć w sobie tej siły,

żeby rozpacz nie przesłoniła całego świata?

Nic już nie jest takie samo.

Jakby słowom ktoś pozabierał ich sens, gestom ich znaczenie.

Wszystko wydaje się bez życia, jak na starej wyblakłej fotografii.

Chcę zmusić świat, żeby zamarł na wieki,

chcę, żeby zamilkły wszystkie dźwięki, zszarzały kolory.

Chcę, żeby wszystkie stworzenia zaśpiewały te samą żałobną pieśń.

Po co mi pory roku, skoro nie możesz się nimi cieszyć,

po co mi słońce, skoro nie ogrzejesz się przy nim,

po co mi trawa skoro nie możemy na niej leżeć we dwoje.

Pragnę zmyć ten drwiący uśmieszek z bezczelnej twarzy Życia,

niech już nie będzie takie radosne!!!

Ale Życie drwi sobie ze mnie i dalej toczy się własnymi torami.

A ja? Ilu bajek Ci nie opowiem, ilu kołysanek nie zaśpiewam,

ilu łez nie wypłaczę po Tobie, Synku?